poniedziałek, 9 maja 2016

.

Czuję, że pomimo usilnych starań przestałam to ogarniać.
Muszę to gdzieś wylać i stanie się to tutaj.
Nawet jeśli nikt tego nie przeczyta, to mi zrobi się lepiej.
Przynajmniej taką mam nadzieję...

#1
Poznałam go 1 października, w pierwszy dzień studiów. Pamiętam jakby to było wczoraj, miał na sobie biały t-shirt i jasne jeansy, siedział na schodach pomiędzy piętrami, obok naszej sali od informatyki. Przedstawiłam się jemu i jeszcze kilku osobom, których wcześniej również nie miałam przyjemności poznać.

Em. Tak bardzo bym chciała żebyś był moim Em.
Wysoki, szczupły blondyn. Trenował piłkę nożną. Zawsze idealna fryzura i modne ciuchy, czasem mam wrażenie że zna się na tych wszystkich markach i trendach lepiej niż ja (halo! to ja tu jestem kobietą, to my szalejemy na widok ładnych butów!). Ma chyba najgorszy śmiech na świecie, za to niesamowicie seksowny, niski głos. Mogłabym słuchać przez resztę życia jak do mnie mówi, cokolwiek, naprawdę. I oczy. Ma cudowne oczy. I takie usta, jakby były stworzone tylko do całowania. Jest pewny siebie. Twierdzi, że jest nieśmiały ale tej informacji raczej nie mogę potwierdzić.
Wydawał mi się uroczy i delikatny. Ale teraz, z perspektywy czasu, sama nie wiem jaki jest i co o nim myśleć... No ale po kolei.

Od razu zrobił na mnie wrażenie, chociaż był odrobinę "nie w moim typie", ale powiedziałam sobie: 'D., nie Twoje progi. Uspokój się bo doskonale wiesz, że ktoś taki nigdy na Ciebie nawet nie spojrzy.'
 I przez bardzo długi czas tak właśnie było. Nie odpowiadał mi na cześć (wynikało to trochę z jego nieogarnięcia - potem tłumaczył mi że na początku nie kojarzył ludzi z grupy - ale mimo wszystko), nie rozmawiał ze mną, ale to też dlatego że bardzo szybko złapałam kontakt z innymi ludźmi z grupy a on zawsze chodził swoimi ścieżkami. Poza tym ja tak mam, mogę rozmawiać z każdym, o czymkolwiek, ale jeśli ktoś mi się podoba to wszystko staje się 1000 razy trudniejsze: nie jestem w stanie wydobyć z siebie słowa nie rumieniąc się przy tym i nie robiąc z siebie idiotki. Niestety należę raczej do tego typu dziewczyn, które nie zwracają na chłopaka uwagi, myśląc że sam się domyśli że się nam podoba : )
 Przyzwyczajona do ciągłego bycia olewaną przez facetów, właściwie naprawdę przywykłam do tego że nawet jeśli coś do kogoś poczuje to i tak nie będzie to odwzajemnione. Nigdy nikt się mną nie interesował, nikt o mnie nie zabiegał. Zazdrościłam koleżankom, które miały wokół siebie chłopaków na pęczki, chociaż mi wystarczyłby jeden...
I wszystko byłoby jak zwykle; żyłabym swoim życiem, nadal czując się jak szara mysz, z pewnością że nigdy nikomu się nie spodobam czy to ze względu na wygląd czy na charakter, z przekonaniem że pewne mankamenty mojego wyglądu są zbyt odpychające (koniec końców nie wyglądam jak trol, ale mam naprawdę multum kompleksów i bardzo niską samoocenę a jakiś czas temu była jeszcze niższa..); gdyby nie to że pewnego dnia napisał do mnie z jakimś pytaniem o zajęcia. Rozmowa się troszkę rozwinęła i napisał mi, że mu się podobam i czy nie chciałabym kiedyś do niego wpaść pogadać, obejrzeć film, napić się wina... Wtedy podchodziłam totalnie na luzie, jak zawsze na początku, bo my baby to tak mamy, że dopiero po fakcie zaczynamy odtwarzać, analizować, wymyślać co on mógł mieć na myśli, czego mógł chcieć, co zrobiłyśmy nie tak, a co mogłyśmy zrobić lepiej. A jak się tak myśli, analizuje i PRZEJMUJE, to zaczyna Z A L E Ż E Ć  i  wtedy się Z A K O C H U J E M Y.
Niestety tak.
Byłam u niego 28 października, to też pamiętam bardzo dokładnie....